Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 stycznia 2025

[RECENZJA] Cameron Smith i „Śmiertelna gra”

„Squid Game” to tytuł odmieniony dotychczas chyba przez wszystkie przypadki. Premiera drugiego sezonu tego bijącego rekordy popularności serialu spowodowała wysyp inspiracji, od gadżetów kolekcjonerskich, przez memy, na książkach skończywszy, dodajmy, że bardziej lub mniej udanych. Do kategorii bardziej” należy z pewnością opublikowana pod szyldem Wydawnictwa RM powieść, za którą odpowiada Cameron Smith. Ta „Śmiertelna gra” jest po prostu warta świeczki.



Siedziałam na zimnym dworcu i zastanawiałam się nad tym, czy mój pociąg dziś w ogóle przejedzie. Za mną była chyba najlepsza noc sylwestrowa w moim życiu, dosłownie koncertowa, przed sobą zaś miałam powrót do domu, zdecydowanie już nie taki koncertowy. Sięgnęłam więc po powieść, którą kilka godzin zaczęłam nie tyle czytać, co pochłaniać. Po pewnym czasie zerknęłam na zegarek i zdziwiona skonstatowałam, że przyjazd mojego środka transportu znacznie się przybliżył. Wtedy do głowy wpadł mi pewien pomysł. A gdyby tak oceniać książki po tym, ile minut upływa między jednym sprawdzeniem godziny a drugim, w ramach czekania na pociąg? Im minut więcej, tym lektura bardziej wciągająca. Wyściubiłam zatem na chwilę nos ze świata wykreowanego przez autora i na gorąco sporządziłam następujące notatki.

Książka Czeka ze Mną, czyli innowacyjny system oceniania książek według portalu Czarno na Czarnym.

1 minuta  Oj... Nie przeczytasz jej jednym tchem, to pewne. Coś jak instrukcja używania ręcznika dla opornych.
2 minuty  Prawdopodobnie przeczytasz dwa razy: pierwszy i ostatni. Nieco lepiej niż ręcznik, ale wciąż niezręcznie.
3 minuty  Takie trochę trzy po trzy. Zabija czas, owszem, ale w dość mało wyszukany sposób.
4 minuty  Zapragniesz spotkać się z autorem w cztery oczy. Pytanie, co mu powiesz na temat jego dzieła.
5 minut  Robi się ciekawie, ta pozycja zasługuje na swoje pięć minut.
7 minut  Jeszcze nie jesteś w siódmym niebie, ale na pewno nie jest to lektura od siedmiu boleści.
10 minut i więcej  Uważaj, bo przegapisz pociąg! To taki czytelniczy strzał w dziesiątkę, więc może się tak zdarzyć. No po prostu odjazd.

Oderwałam wzrok i uwagę od „Śmiertelnej gry” tu przed tym, jak wsiadłam do wagonu. Odnalazłam swoje miejsce i natychmiast przeczytałam ostatnie kilka stron, po czym uzupełniłam zapiski o informację, że pierwszy pomiar w ramach skali Książka Czeka ze Mną zatrzymał się na poziomie 10 i więcej. A wtedy pożałowałam, iż oto moja gra dobiegła końca...

Cóż, w tym nowym, 2025 roku życzę Wam dokładnie takich tytułów! Bo dobra książka to dobry dzień. Taka... kolej rzeczy.


wtorek, 6 sierpnia 2024

[RECENZJA] Katarzyna Maria Bodziachowska i „Henryk Wieniawski”

Henryk Wieniawski to muzyk tak znany i ceniony, że jego życiorys został już odmieniony chyba przez wszystkie przypadki. A przynajmniej mogłoby się tak wydawać przed premierą najnowszego tytułu autorstwa Katarzyny Marii Bodziachowskiej, który ukazał się pod szyldem Oficyny Wydawniczej RYTM. Na czym polega wyjątkowość tej książki? O tym przekonajcie się sami, ale jedno możemy Wam zdradzić: świetnie opowiedziana historia... gra tu pierwsze skrzypce.



Sfabularyzowane losy Henryka Wieniawskiego odmalowane piórem Katarzyny Marii Bodziachowskiej pochłania się niczym dobrą, wielowątkową powieść, gdzie światła reflektorów nie koncentrują się wyłącznie na głównym bohaterze. Poznajemy bowiem także postaci spoglądające na czytelnika znad ramienia pierwszoplanowego artysty, przedstawione w taki sposób, by zdradzić jeszcze więcej szczegółów na temat Wieniawskiego, a równocześnie zainteresować odbiorcę również ich barwnym życiem. Nie bez znaczenia okazuje się ponadto tło, na jakim poruszają się pełnokrwiści uczestnicy tego barwnego przeglądu osobowości. Autorka nie zapomina o samej muzyce, odgrywającej tutaj przecież jedną z kluczowych ról, ale... nie przeciąga przy tym struny. Swoboda literacka pozwala co prawda na wiele, lecz dzięki balansowi pomiędzy faktami a lekkim stylem żaden z elementów nie został ani przekoloryzowany, ani utrzymany w czarno-białej tonacji. Jeżeli Wasi znajomi twierdzą, że w kategorii wiedza o Wieniawskim zagną Was pod każdym względem, przeczytajcie tę pozycję i niech Wasza świeżo nabyta kolekcja ciekawostek będzie dla nich delikatnym smyczkiem... to znaczy prztyczkiem w nos. 

sobota, 11 maja 2024

[RECENZJA] Ewa Solińska wyjawia „Tajemnice Chopina”

Gazebo od wielu już lat śpiewa, że lubi Chopina. A czy my go lubimy? Czasem można odnieść wrażenie, że to nie tyle ów wirtuoz jest naszym dobrem narodowym, co zachwyt nad jego twórczością wypełniający szczelnie nasz kraj od morza do gór, od wschodu do zachodu, zachwyt nad artystą wpatrzonym w dal tęsknym wzrokiem i uderzającym w klawisze z natchnionym wyrazem twarzy. A co, jeśli Chopin nie był chorowitym melancholikiem, a rock'n'rollowcem fortepianu? Czy wtedy przestalibyśmy darzyć tego wielkiego muzyka należnym mu przecież szacunkiem? Odpowiedzi na tak postawione pytanie szuka poniekąd Ewa Solińska odkrywająca w jednej ze swych książek „Tajemnice Chopina”.



„Tajemnice Chopina” nie do końca wpisują się w typową pozycję biograficzną, jeżeli takowa w ogóle istnieje, nie stanowią bowiem zbioru szeregowo podanych faktów, niejednokrotnie suchych, pozbawionych krwi znajdującego się wszak w środku człowieka. Tutaj mamy do czynienia z pełnokrwistą, nomen omen, propozycją, tętniącą życiem, niezbyt obszerną, ale dzięki temu nieprzeładowaną informacjami, jakie mogłyby okazać się mało interesujące dla przeciętnego czytelnika szukającego rozrywki na wieczór czy na czas podróży. Kolejne karty dotyczące pianisty i kompozytora odwracają się płynnie i przystępnie, niczym dzieła samego sprawcy tego całego zamieszania. Nie brakuje też ilustracji czy zdjęć oraz fragmentów korespondencji, co jeszcze dosadniej przypomina nam o tym, że choć Chopin należał do grona geniuszy, był także jednym z nas, śmiertelników. Możliwe, że dziś jego nazwisko nierzadko pojawiałaby się w nagłówkach magazynów plotkarskich, odmieniane przez różne przypadki, a najczęściej przez wołacz. Tak, Ewa Solińska zdecydowanie czyni z Chopina postać rzeczywistą, nie zaś stworzoną z enigmatycznej mgły idealizacji, jednak autorce daleko do skandalizacji. Jej opowieść, gdyż takie określenie najtrafniej tę książkę opisuje, intryguje, zastanawia, ale nie szokuje. Ze stron wyłania się ktoś, kto istniał naprawdę, ze swoimi problemami, popełnianymi błędami (również ortograficznymi), fascynacjami... i pasztetem

poniedziałek, 26 lutego 2024

Maciej Stuhr ma to wszystko w standupie! Dżentelmen humoru w akcji

Jak Polska długa i szeroka Maciej Stuhr ogłasza, że ma to wszystko w standupie! A co ma w nim konkretnie? Historie rozbawiające do łez! Dowiecie się między innymi, kto urządza sceny na scenie i jakie jest największe przekleństwo teatru, nie zabraknie też... paneli dyskusyjnych. Brzmi intrygująco? Zatem sprawdźcie, które miejscowości zdobędzie szturmem ten aktor z komedią (i nie tylko) we krwi.  Zaprasza Adria Art.



28 lutego 2024 | Bydgoszcz | Filharmonia Pomorska
3 marca 2024 | Jaworzno Młodzieżowy Dom Kultury im. Jaworzniaków
9 marca 2024 | Dąbrowa Górnicza Pałac Kultury Zagłębia
10 marca 2024 | Oświęcim Oświęcimskie Centrum Kultury
11 marca 2024 | Kielce | Kieleckie Centrum Kultury
18 marca 2024 | Radom Sala Koncertowa Radomskiej Orkiestry Kameralnej
22 marca 2024 | Krosno Regionalne Centrum Kultur Pogranicza
23 marca 2024 | Jasionka koło Rzeszowa G2A Arena
24 marca 2024 | Bełchatów Miejskie Centrum Kultury Giganty Mocy
25 marca 2024 | Poznań Aula Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza
6 maja 2024 | Chorzów | Teatr Rozrywki
13 maja 2024 | Białystok Opera i Filharmonia Podlaska
16 maja 2024 | Tychy | Mediateka
19 maja 2024 | Sosnowiec Sala Widowiskowo-Koncertowa MUZA
20 maja 2024 | Wrocław | Teatr Muzyczny Capitol
22 maja 2024 | Toruń | Centrum Kulturalno-Kongresowe Jordanki
26 maja 2024 | Częstochowa Filharmonia Częstochowska
31 maja 2024 | Kraków | ICE Kraków Congress Centre
15 czerwca 2024 | Bytom | Bytomskie Centrum Kultury

Bilety i wszelkie szczegóły dostępne są tutaj.

niedziela, 25 lutego 2024

[RECENZJA] Maciej Stuhr oznajmia: „Mam to wszystko w standupie!”. Artysta rozbawił do łez ostrowiecką publiczność

Maciej Stuhr wziął się za stand-up. „A kto teraz tego nie robi?” – zapytacie i owszem, jest to branża obecnie dość popularna, ale można zajmować się nią z kasą albo z klasą bądź też ani bez jednego, ani bez drugiego. Natomiast samozwańczy średni Stuhr (bo pomiędzy panem Jerzym a małym Tadzikiem) z pewnością do średnich stand-uperów nie należy. Wręcz przeciwnie: jak przekonaliśmy się między innymi w miniony piątek w Ostrowcu Świętokrzyskim, artysta prezentuje w swoim programie humor wysokich lotów, mimo że uparcie i niemal buntowniczo twierdzi: Mam to wszystko w standupie!. Co dokładnie w nim ma? Sprawdźcie sami! Zaprasza Adria Art.


fot. Adria Art

Łatwo rzucać śmiesznymi żartami, jednak bycie zabawnym stanowi już znacznie trudniejsze zadanie. Ktoś mógłby pomyśleć, iż, nie bójmy się mocnego słowa, wybitny aktor z trzydziestoletnim doświadczeniem estradowym i komedią płynącą we krwi poradzi sobie z nim doskonale... i ten ktoś trafiłyby w dziesiątkę. Maciej Stuhr po prostu wie, dlaczego stoi na scenie. Przytacza historie napisane przez życie, a równocześnie zupełnie niecodzienne. Tłumnie zgromadzoną publiczność karmi nie tylko błyskotliwym, naszpikowanym humorem w dobrym guście i celnymi spostrzeżeniami monologiem, serwuje jej także niezbyt często spotykane w stand-upie przerywniki jeszcze bardziej urozmaicające ten dynamiczny pokaz inteligentnego dowcipu i talentu. Stereotypowe wyobrażenie o tej formie rozrywki przełamuje również styl, prawdopodobnie odbiegający swoiście od tego zazwyczaj z nią kojarzonego. O konkretach kryjących się pod tymi enigmatycznymi stwierdzeniami musicie przekonać się na własne oczy i uszy, lecz jedno nie ulega wątpliwości: nawet siedząc w ostatnim rzędzie, będziecie bawić się... pierwszorzędnie!

Bilety na wydarzenia, a tych ostatnich będzie przed nami wiele, dostępne są tutaj.

poniedziałek, 19 lutego 2024

[WYWIAD] The Dames: „Będą fontanny, girlandy i wodotryski!”

Zapraszamy do Klubokawiarni! A także do lektury nowego wywiadu, którego bohaterem jest tym razem zespół The Dames. 



Czarno na Czarnym: Czym kierowaliście się przy wyborze klubu, w którym zarejestrowaliście materiał na płytę „Live! At Klubokawiarnia”?
The Dames: Głównie dobrą akustyką. Aleks, nasz basista i spec od wszelkich spraw brzmieniowych, stwierdził, że było OK, więc jest OK.

Czarno na Czarnym: Czy decyzja o wydaniu albumu koncertowego była spontaniczna, czy też mieliście takie plany już wcześniej?
The Dames: Była to decyzja jak najbardziej spontaniczna. To miało być zwykłe demo. Ale kiedy odsłuchaliśmy materiał, wszyscy zrobiliśmy kolektywne „O (niecenzuralne słowo)!”.

Czarno na Czarnym: Co odróżnia koncert klasyczny od takiego nagrywanego na potrzeby wydawnictwa?
The Dames: Troszeczkę trzeba było publiczność zdyscyplinować ;).

Czarno na Czarnym: Gdzie w najbliższym czasie będziemy mogli posłuchać tych utworów jeszcze bardziej na żywo? :)
The Dames: Na pewno przyjdzie na to czas. Mieliśmy właśnie minitrasę po Wielkiej Brytanii. Bardzo miło nas tam przyjęto. Z całą pewnością będzie coś latem. Postaramy się też, aby było też coś wcześniej. Tymczasem spokojnie nagrywamy płytę. Tym razem studyjną. „Live At Klubokawiarnia” jest rozmyślnie płytą bardzo surową. Żadnych overdubów! Na płycie studyjnej pofolgujemy sobie. Będą fontanny, girlandy i wodotryski!

Czarno na Czarnym: W takim razie do zobaczenia i do usłyszenia :). Dziękuję za rozmowę!

poniedziałek, 5 lutego 2024

[RECENZJA] The Dames i „Live! At Klubokawiarnia”

Na swoim nowym albumie zespół The Dames wykłada kawę na ławę. I nie tylko dlatego, że tytuł płyty to „Live! At Klubokawiarnia”. Formacja opublikowała materiał zarejestrowany podczas występu w jednym z gdyńskich lokali i trzeba przyznać, że nagranie poszło artystom iście koncertowo. 



Znajdziemy tu siedem kompozycji i ta siódemka z pewnością okaże się szczęśliwa dla każdego fana pop-rockowego neoklasycyzmu w najlepszym wydaniu. Numery te tworzą wspólnie historię, jaką moglibyście usłyszeć w amerykańskim, klimatycznym pubie, gdy za mikrofon chwyci artysta country, gotowy do rozpoczęcia swojego show, kameralnego, acz porywającego. Wracając jednak na polską ziemię, warto podkreślić, że wydawnictwo wiernie oddaje atmosferę towarzyszącą graniu kapeli na żywo, bowiem próżno tu szukać naniesionych w studiu modyfikacji czy dodatków. Kto jeszcze nie stał przed sceną z szalejącą na niej grupą The Dames, ten z pewnością skorzysta z muzycznego zaproszenia przy najbliższej możliwej okazji. Jeżeli natomiast wykrzykiwaliście już słowa piosenek razem ze zgromadzonym tłumem, krążek stanie się bez wątpienia świetnym odświeżeniem wspomnień i zachętą do kolejnego spotkania z Piotrem Łubą i spółką.

niedziela, 1 października 2023

[RECENZJA] Sylwia Trojanowska i Malwina Kozłowska twierdzą, że „Facetom nic do tego”

Uwaga, uwaga, pasażerowie udający się na Wenus proszeni są o podejście do bramki numer dwa. Przypominamy, że Waszymi przewodniczkami zostaną dziś Sylwia Trojanowska i Malwina Kozłowska, a za komfort i najwyższy poziom lotu odpowiada Wydawnictwo Książnica. Zapnijcie pasy i przygotujcie się na niezłą jazdę... a „Facetom nic do tego”!



„Facetom nic do tego” to kontynuacja przygód Ingi, Baśki i Anki, czyli bohaterek stworzonych przez tandem pisarski Sylwia Trojanowska i Malwina Kozłowska. Tym razem dziewczyny korzystają z uroków oferowanym im przez egzotyczny kurort. Jeżeli jednak wydaje się Wam, iż czeka Was powieść o słońcu, piaszczystych plażach i nieskazitelnie błękitnym niebie zlewającym się w całość z falującą leniwie wodą... macie całkowitą rację. Z tą tylko różnicą, że na owym tropikalnym tle zgrane trio znów bierze udział w wydarzeniach nie z tej ziemi. Czy to bowiem rajska wyspa, czy zaśnieżona Polska, te trzy trenerki personalne w dziedzinie samoakceptacji zawsze znajdą dla siebie jakieś nietuzinkowe wyzwanie, w ramach którego raz jeszcze przekonają się o mocy, jaką daje łącząca je przyjaźń, bowiem jawią się dla siebie nawzajem jako simply the best. Historię tę, wzorem poprzedniczki zatytułowanej „Facetom wstęp wzbroniony”, spisano językiem lekkim, acz niebanalnym, pełnym poczucia humoru z przerwami na wzruszenie. Przeczytana jednym tchem, być może w jedno popołudnie lub deszczowy wieczór, dostarczy powodów do uśmiechu i przeniesie, choć na chwilę, w świat zupełnie inny, a zarazem całkiem bliski. Pomyli się jednakże ten, kto odgórnie weźmie książkę za przejaw zbyt daleko idącego, przerysowanego feminizmu. Owszem, autorki stawiają na kobiecą siłęlecz równocześnie podkreślają, jak ważną na ich planecie rolę pełnią również mężczyźni. I nie chodzi tu o czarne charaktery. Tacy Lutkowie, Jakubowie czy nawet Arystotelesowie witani są na scenie życia z szeroko otwartymi ramionami, nierzadko spragnionymi przecież bliskości płci przeciwnej. I tak naprawdę przecież... facetom coś do tego.


wtorek, 8 sierpnia 2023

[RECENZJA] Jarosława Łytwyn i „Rok rozpusty Klausa Ottona Bacha”

Czy jesteście gotowi na niezwykłą podróż? Naszym celem okaże się Ukraina, a konkretnie jej niezbadane rewiry i jeszcze bardziej niezbadane oblicze. Naszym dopiero uczącym się na swoich błędach przewodnikiem będzie Niemiec poszukujący tu miłości, permanentnie zadziwiony zderzeniem z obcą mu kulturą. A wszystko w najnowszej powieści Jarosławy Łytwyn, „Rok rozpusty Klausa Ottona Bacha”, w Polsce opublikowanej pod szyldem Wydawnictwa Książnica.



Klaus Otto Bach to dość przeciętny mieszkaniec Kilonii. Kawaler po czterdziestce, lubi piwo, dobre jedzenie i... pewną damską część garderoby. No dobrze, jeżeli chodzi o ostatnie z wymienionych, wzbudza ono w Klausie coś więcej niż tylko sympatię. I tutaj zaczynają się kłopoty, choć na początku nic na taki stan rzeczy nie wskazuje. Mężczyzna poznaje przez internet młodą, atrakcyjną i, zdaje się, mocno zainteresowaną nim Ukrainkę. I kiedy relacja rozwija się coraz intensywniej, a Klaus zakochuje się po uszy, dziewczyna nagle znika, zacierając wszelkie po sobie ślady. Co robi zdesperowany i wypełniony nieodwzajemnionym uczuciem Niemiec? Porzuca dotychczasowe kotwice codzienności, rzuca się też na głęboką wodę i wyrusza w pogoń za wybranką, prosto do jej ojczystego kraju. Przygody, jakie stają się udziałem wykreowanego przez Jarosławę Łytwyn bohatera momentami są tak abstrakcyjne, że przywodzą na myśl niemal oniryczną rzeczywistość alternatywną, jednak jedyny sen, w jaki zapada bohater, jest snem na jawie. Snem o emocjach, takich na zawsze, bliskości w każdym jej wymiarze i zwyczajnym szczęściu pomiędzy dwojgiem ludzi. Czy odkryje je wśród różnic dzielących Niemcy i Ukrainę, Niemców i Ukraińców? Czy pokona przeciwności losu namnażające się na drodze ku spełnieniu? Czy opuści go jego wierny towarzysz pech? O tym przekonajcie się sami, sięgając po tę zabawną, ale też skłaniającą do refleksji książkę. A jeśli spodziewacie sztampowego zakończenia, bądźcie pewni, iż próżno go na tych kartkach szukać. Zatem czas na wycieczkę! Zaopatrzcie się w wygodne buty oraz w spory zapas... rajstop.


środa, 26 lipca 2023

[RECENZJA] Kudelski i malowany smutkiem album „Call the Distant”

Są takie piosenki, które mają w sobie tyle smutku, że... podnoszą na duchu. A gdyby tak zaserwować sobie cały zestaw takich audialnych pocieszycieli, wypełniaczy szarych dni? Rozwiązania nie trzeba szukać daleko: wystarczy sięgnąć po album „Call the Distant” Kudelskiego i pozwolić sobie na podróż po różnych odcieniach melancholii.



Płyta „Call the Distant” zawiera osiem propozycji zróżnicowanych pod względem gatunku i inspiracji. Mimo tego eklektyzmu tworzą one jednak spójną historię. Uwagę zwraca od razu niebywale intymny klimat, otaczający, a wręcz otulający słuchacza ze wszystkich stron, niczym miękki koc i zapach świeżo zaparzonej kawy. Zresztą ten aromatyczny napój przywołano tu także z tego powodu, iż można go sączyć z równie wielką przyjemnością, co dźwięki podawane nam przez artystów odpowiedzialnych za projekt Kudelski. Duet w składzie Tomasz Kudelski i Jacek Szabrański dba bowiem o to, abyśmy my, odbiorcy, samodzielnie regulowali smak brzmienia: czasem zdecydowanie gorzki, gdy dotyka najczulszych w sercu i duszy miejsc, innym zaś razem bardziej słodki, gdy na moment wznosi ponad nostalgię. Co ciekawe, wśród utworów o dość standardowym czasie trwania znajdziemy również te oscylujące wokół mniej klasycznych siedmiu minut. Snują się one bądź skradają, zaskakują lub uspokajają, nieodmiennie zachwycając utkaną przez siebie atmosferą. O tym materiale można mówić jeszcze dużo, lecz im mniej zostanie powiedziane, tym więcej zostanie dosłyszane, oddajmy więc głos nutom. Jedno jest pewne: przecząc niejako drugiemu z tytułów, zatapiając się w „Call the Distant”, wygrywa każdy.


zajrzyj po więcej:


niedziela, 18 czerwca 2023

[RECENZJA] Sylwia Trojanowska i Malwina Kozłowska zapraszają do klubu „Facetom wstęp wzbroniony”

Kiedy w ręce spragnione świeżej lektury wpadła mi pozycja „Facetom wstęp wzbroniony” duetu pisarskiego Sylwia Trojanowska i Malwina Kozłowska, w pewnym sensie spodziewałam się, jakie za jej sprawą atrakcje zaplanowało dla swoich czytelników Wydawnictwo Książnica. Nie dałam się zaskoczyć, gdyż otrzymałam wszystko, czego oczekiwałam: dużo dobrego humoru, niebanalne rozwiązania i szaloną przygodę wciągającą od pierwszej do ostatniej strony.



Trzy skrzywdzone przez los przyjaciółki urządzają współczesną wersję sabatu czarownic i przygotowują harmonogram zemsty na oszustach i krętaczach oraz złodziejach, nie tylko serc. Tak w dużym skrócie jawi się fabuła książki „Facetom wstęp wzbroniony”. Nie brakuje tutaj śmiechu, skutecznych w swojej niespodziewaności pomysłów i zwrotów akcji przyprawiających o, nomen omen, zawrót głowy. Opowieść tę czyta się tak szybko, jak szybko zmieniają się stroje i nastroje bohaterek. Wbrew pozorom nie chodzi tu jednak o pean na cześć kobiecości, a tym bardziej o feministyczny manifest przemycony pod postacią lekkiej w odbiorze powieści. To nawet nie protest song zaśpiewany głosem Beaty Kozidrak. Tak naprawdę to historia o sile jednej z czołowych w życiu każdego człowieka wartości: przyjaźni. I mimo że autorki podkreślają jej damsko-damskie wydanie, kiedy zajrzymy głębiej, przekonamy się, iż wierzą one w moc płynącą ze wsparcia podarowanego przez drugą osobę bez względu na fakt, czy jest ona tej samej co my płci, czy wręcz przeciwnie. Wszak w świecie Ingi, Ani i Barbary znajdują się też, używając określenia prosto ze słownika stosowanego przez dziewczyny, egzemplarze, które, będąc rodzaju męskiego, okazują się być również mężczyznami. A te dwie kwestie nie zawsze idą w parze. Rzeczywistość bowiem nigdy nie będzie czarno-biała bądź różowo-błękitna, a kosmos nigdy nie ograniczy się wyłącznie do Wenus i Marsa. Przecież dowolny Jakub, Zenek lub Siergiej także może śmiało zakrzyknąć „girl power” i... zerknąć za próg „Facetom wstęp wzbroniony”


wtorek, 20 września 2022

[RECENZJA] Anna Hamela i „Marshal”. Posłuchaj brzmienia magii

Prawdziwą magię znajdziemy tam, gdzie szczerość i otwartość: w przyrodzie, w drugim człowieku, we własnym sercu. Nie brakuje jej też w sztuce, czego przykład stanowi wydany 26 czerwca 2022 drugi już album Anny Hameli, zatytułowany „Marshal”. Co w nim takiego magicznego? Cóż, wygląda na to, że... wszystko.



Zwykło się mawiać, iż nie ocenia się książki po okładce. Książki może nie, ale jeszcze przed umieszczeniem płyty w odtwarzaczu to właśnie okładka przyciąga oko niczym magnes, zachwycając kolorystyką i obiecując niezwykłe audialne doznania. Gdy płyną pierwsze dźwięki, okazuje się ona doskonale oddawać kryjącą się pod spodem zawartość, gdyż brzmienie jest równie barwne i kalejdoskopowo zmienne. Kolejne zaskoczenie, szczególnie dla słuchaczy niemających dotychczas okazji obcowania z twórczością Anny Hameli, przychodzi w momencie, kiedy pojawia się wokal. Egzotycznych słów splatających się z dźwiękami próżno szukać w słownikach. Piosenki składające się na owo wydawnictwo powstały bowiem w języku księżycowym... stworzonym przez samą artystkę. Ezoteryczna miękkość głosu i tajemniczość nieznanych nam wyrazów potęgują wrażenie, że zostaliśmy zaproszeni do świata bajkowego, baśniowego, własnoręcznie wybudowanego, a raczej wyczarowanego przez Annę, odpowiedzialną za warstwę tekstową i kompozycje. Produkcją krążka zajął się zaś Grzegorz Stasiuk, kolaborujący z Maciejem Maleńczukiem czy Jackiem Wójcickim. W efekcie otrzymujemy materiał niestandardowy, niebanalny i dopracowany. 


W każdym z dziewięciu utworów wokalistka snuje osobną historię odkrywającą inny zakątek tej tajemniczej, a zarazem bliskiej krainy. Jednak łączą się one one w spójny, choć jednocześnie zróżnicowany obraz nietrzymający się ram i schematów. Nie jest to porównanie przypadkowe, ponieważ Anna para się ponadto malarstwem, malarstwem intuicyjnym, barwnym i energetycznym, przypominającym pod tym względem muzykę Hameli„Marshal” jako całość przynosi także ukojenie zaklęte w łagodności, melodyjności i lekkości tego wymyślonego i wymyślnego języka doskonale korespondującego z tą niemal szamańską muzyką. 

Tej płyty nie da się zamknąć w szufladzie opatrzonej etykietą czy nawet deskrypcją. Na szczęście! W owym wymykaniu się wszelkim opisom tkwi wszak wielka siła Anny Hameli, poruszającej się na granicy jawy i magicznego snu. By zgłębić wszelkie tego połączenia niuanse, warto przekonać się o ich mnogości na własne uszy... i dać się zaczarować.

piątek, 27 maja 2022

[RECENZJA] NoVela i minialbum „18 łez”

W kontrze do powszechnie panującej opinii piątek trzynastego może być dniem wyjątkowo pozytywnym. Teza ta znalazła potwierdzenie 13 maja 2022, wtedy bowiem ukazał się minialbum zespołu NoVela, „18 łez”, zdecydowanie szczęśliwy dla fanów świetnych brzmień. 



Stawkę otwiera „Już czas”, z tekstem i muzyką Marka Kościkiewicza. Tytuł ten jest adekwatny: przyszedł najlepszy moment na zainaugurowanie owej porywającej audialnej przygody. Utwór powinien rozpoczynać się ostrzeżeniem, że... zostanie ze słuchaczem na dobre kilka godzin, jeszcze długo po wyciszeniu ostatnich dźwięków! Zamiast tego mamy niesamowicie rytmiczne intro, rozwijające się następnie w pretendenta do przeboju podbijającego rozgłośnie. 



Piosenkę „Co się zmienia” stworzyli gitarzysta i kompozytor Jan Niedzielski oraz wokalistka i autorka słów Dominika Dmowska. Ów trzeci singiel promujący zawierającą go płytę EP to numer wyrazisty, z pazurem, świetny i do radia, i na koncertową setlistę. 



Tytułowe „18 łez” stanowi natomiast efekt współpracy Marka Kościkiewicza i Marka Dutkiewicza, legendarnych twórców, którzy połączyli siły z NoVelą, aż skrzącą się od pomysłów interpretacyjnych i wykonawczych. Była to pierwsza zapowiedź wydawnictwa, łagodnie wprowadzająca w klimat całości nadchodzącego materiału. Brzmi najspokojniej spośród czterech zebranych tu propozycji, wciąż jednak daleko mu do ballady. Nic dziwnego! Grupa stawia tu na dynamikę oraz ogień rozpalający spragnioną wrażeń artystycznych duszę.



Na pożegnanie przygotowano dla nas, odbiorców, autorską wersję utworu „Powiedz ile masz lat”. Mimo że stał się on znany dzięki UrszuliDominika Dmowska prezentuje go równie oryginalnie. Aż trudno uwierzyć, iż NoVela wzięła tę piosenkę na warsztat blisko cztery dekady po premierze pierwowzoru! Nagranie nie traci zupełnie na świeżości, a wręcz zyskuje kolejne życie, za sprawą zarówno tandemu Romuald Lipko i Marek Dutkiewicz odpowiedzialnego za jego powstanie, jak i nowemu wykonaniu, zachowującemu wyjściowy ładunek mocy, a równocześnie budującemu całkowicie inny klimat.



Tak oto wysycha ostatnia z „18 łez”. Jedyny niedosyt po przesłuchaniu albumu formacji NoVela wynika z tego, iż kończy się tak szybko, podczas gdy chciałoby się jeszcze i jeszcze. Istnieje jednak skuteczne antidotum na tę zapadającą w głośnikach lub słuchawkach ciszę: wystarczy tylko... ponownie wcisnąć przycisk play!


wtorek, 30 listopada 2021

[RECENZJA] Album „Milion nowych szans” Juliana Lesińskiego

Zapraszam do zapoznania się z recenzją debiutanckiej płyty Juliana Lesińskiego, „Milion nowych szans”. 



Słysząc za oknem nieustanny szum deszczu i łopot liści targanych wiatrem, nawet największy entuzjasta jesieni postanowi ostatecznie znaleźć alternatywę dla tych nieprzyjaznych na dłuższą metę dźwięków. Jedną z najskuteczniejszych metod walki z szarością i monotonnością jest z pewnością album Juliana Lesińskiego„Milion nowych szans”, rozjaśniający muzycznie także najbardziej pochmurny dzień. 


Debiutanckie wydawnictwo Juliana Lesińskiego składa się z dwunastu historii opowiedzianych mocnym, wyrazistym głosem, brzmiącym świetnie w piosenkach z tekstem zarówno w języku polskim, jak i angielskim. Materiał charakteryzuje się równocześnie harmonijnością i zróżnicowaniem. Znajdziemy tu propozycje energetyczne, między innymi „Stars” czy „Zaklęcia”, oraz te oscylujące wokół wyciszenia, a wśród nich „Not your hero” i „Only love can win”. Ich niewątpliwie wspólnym mianownikiem są emocje wysyłane za pośrednictwem głośników albo słuchawek wprost do serca słuchacza, poruszając jego wrażliwość bez względu na to, co zazwyczaj stanowi jej podstawę. Na szczególną uwagę zasługuje zamykający stawkę bonus track w postaci nagrania „All and all (piano version)”, o delikatnej, lecz porywającej aranżacji. Takie zakończenie tej audialnej podróży świetnie koresponduje z tytułowym numerem jeden, tworząc swoistą klamrę spajającą dobrze znany singiel z utworem dodatkowym.      



Album zaskakuje nie tylko przy pierwszym odsłuchu, z każdym kolejnym odkrywa bowiem przed odbiorcą kolejne niuanse. W wyniku tej konkluzji nasuwa się drugi wniosek: owy milion nowych szans odnosi się nie tylko do faktu, iż prezentując światu omawiany tu krążek Julian Lesiński zrealizował swoje marzenie. Szanse te zdają się też nawiązywać do możliwości, jakie otwiera przed odbiorcą muzyka, przemieniająca zwykły poranek lub sztampowy wieczór w prywatną odskocznię od tej codzienności. 


zajrzyj po więcej:



czwartek, 25 listopada 2021

[RECENZJA] Dagmara Kaźmierska i „Prawdziwa historia Królowej Życia”

Zapraszam do zapoznania się recenzją książki Dagmary Kaźmierskiej, „Prawdziwa historia Królowej Życia”, przyznanej mi dzięki uprzejmości ESPR Public Relations. 



Nastała ta pora roku, kiedy przyroda zawiesza się między jesienią a zimą, oferując swoim odbiorcom aurę dość szarą, żeby nie powiedzieć, iż ponurą. Długie wieczory, ciemne poranki... Wielu z nas tęskni za wyrazistością, a niestety próżno szukać jej za oknem. Na szczęście chodzą po naszej planecie istoty będące źródłem feerii barw i nie chodzi tu wyłącznie o nieprzeciętność wizerunku zewnętrznego... chociaż, oczywiście, istnieją przykłady osobowości łączących te dwa sposoby niebanalnego ustosunkowania do banalnej rzeczywistości. Za jedną z nich uznać należy niewątpliwie Dagmarę Kaźmierską, autorkę autobiografii „Prawdziwa historia Królowej Życia”

Tytuł nadany „Prawdziwej historii Królowej Życia” doskonale oddaje jej treść, pozycja ta stanowi bowiem płynny, dynamiczny zapis losów autorki. Dając sobie zielone światło, by na chwilę wrócić do przeszłości, Dagmara Kaźmierska opowiada o tym, z czym zmierzyła się na drodze ku teraźniejszości, drodze raz wyboistej, raz usłanej różami, raz krętej, raz prostej, acz niebanalnej. Fani „Królowych Życia” z pewnością nie zostaną zaskoczeni lekkością, z jaką ich idolka podróżuje po tematach niejednokrotnie dla niej niełatwych, dzielnie patrząc przez różowe okulary, co w dzisiejszych czasach jawi się jako podejście bardzo cenne, wręcz na wagę złota. Na uwagę zasługuje metoda prowadzenia narracji, wydarzenia nie są bowiem prezentowane w ścisłej chronologii. Ów zabieg sprawia, iż czytelnik czuje się niczym na niezwykle sympatycznym spotkaniu towarzyskim z dobrą znajomą przybliżającą mu swoje dzieje. A wątków i niespodziewanych zwrotów akcji nie brakuje, jak przystało na żywe srebro, jakim jest Dagmara, o czym przekona się każdy, kto sięgnie po tę lekturę zamkniętą w pięknej okładce i okraszoną licznymi zdjęciami wzbogacającymi przekaz o dodatkowy wymiar. 

Dagmara Kaźmierska królową życia była już od dawna, teraz jednak odnalazła się także w roli królowej dzierżącej berło w postaci długopisu czy pióra, za pomocą którego powstały notatki, podwaliny tej wyjątkowej książki, bezkompromisowej i szczerej, na wzór samej twórczyni. A ukoronowaniem tego procesu artystycznego okazuje się fakt, że na stronach gęsto pokrytych wspomnieniami dostrzec też można wartą zapamiętania konkluzję. Pozorne marzenie o niebieskich migdałach często prowadzi do realizacji skrytych w sercu pragnień, wystarczy tylko pokazać czerwoną kartkę nieuzasadnionym obawom i... żyć. Po prostu żyć pełnią siebie. 

zajrzyj po więcej: