Michał Kisielewski zaprezentował właśnie swój debiutancki album, „Zew nie zen!”. Zgodnie z zapowiedziami materiał tu zawarty opowiada między innymi o przeszywającym na wskroś głodzie życia. Wy też zaczniecie pożerać tę nową muzykę już od pierwszych dźwięków, choć pamiętać należy, że jest to potrawa mocno przyprawiona, ostra i niezwykle sycąca. Oraz oczywiście bardzo smaczna, gwarantujemy zatem, że apetyt będzie rósł w miarę jedzenia... czy raczej słuchania.
Niezdolny do osiągnięcia stanu zen wokalista stawia na zew. W efekcie otrzymujemy zestaw dwunastu utworów traktujących o strachu przed tym, że zostało mniej czasu, niż nam się wydaje, oraz o rzucaniu się na głęboką wodę doznań totalnych, które niejednokrotnie potrafią wciągnąć zdradliwie pod powierzchnię. By jednak nie utonąć w nich tak całkowicie, Michał sięga po charakterystyczne dla siebie środki, jak żart czy ironia, ściągające nieco powagi ze spraw przerażających. Wszystko to zostało okraszone dźwiękami energetycznymi i elektryzującymi, zadomawiającymi się w głowie równie skutecznie, co teksty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz