Milito jest artystą zaskakującym, intrygującym i nieoczywistym. Tezę tę potwierdza między innymi jego świeżo zaprezentowana piosenka, „Home Sweet Sound”, i to właśnie o niej, ale nie tylko, opowiedział wokalista w ramach wywiadu, do przeczytania którego zapraszamy. Miłej lektury!
Czarno na Czarnym: Jesteśmy krótko po premierze Twojego najnowszego singla, „Home Sweet Sound”. Do czego odwołuje się ów tytuł?
Milito: W wolnym tłumaczeniu na polski tytuł ten brzmiałby „Wszędzie dobrze, ale w dźwięku najlepiej”. I w tym krótkim powiedzonku mieści się cały sens. Dla mnie muzyka to miejsce. To samo serce wszystkiego, co uznaję za dom i za ojczyznę.
Czarno na Czarnym: Do kogo jest skierowany ten utwór? Jak określiłbyś grupę jego odbiorców?
Milito: Utwór jest skierowany do istot zmysłowych, które nudzi pojmowanie muzyki jedynie w kategoriach prostych melodii. Właściwie ja w swojej twórczości proponuję cały złożony świat – w aranżu mamy tu faktury, kierunki, przestrzenie, kolory. Teksty są proste i zawsze mają oś tematyczną, jednak dbam o ich liryzm, bo mnie najbardziej interesują w sztuce wglądy emocjonalne. To takie chwilowe windy do innych wymiarów. Wystrzela Cię w kosmos i wracasz. I jesteś już trochę inny. To taki seks z daną wibracją. Niektórych to przeraża. Reagują na mnie jak na nagle pojawiającego się węża w trawie. To dla nich to nie jest.
Czarno na Czarnym: Na bazie jakich inspiracji powstała ta piosenka?
Milito: To jest ambientowe country z lekką domieszką rocka. Ale swoją żartobliwą fikuśność piosenka zawdzięcza kreskówkom – w dużej mierze „Zwariowanym melodiom”, ale nie tylko. Jakaś część mojej duszy powstała w Toontown i jest narysowana.
Czarno na Czarnym: Twoja twórczość jawi się jako wielowymiarowa, nieobce są Ci między innymi elementy orientalne, azjatyckie. Skąd pomysł na taką akurat warstwę brzmieniową?
Milito: To chyba nie jest pomysł. To po prostu jest moja prawda. Lubię się wygłupiać, popisywać, odwalać, lubię ekspresję. Kiedyś moja siostra powiedziała, że jestem podobny do wszystkiego. Inna osoba zauważyła, że mam molekularną urodę. Niektórzy przypisują jej obok słowiańskości jakiś egzotyzm, często właśnie orientalizm. Co raz słyszę, że jestem podobny do Johnny’ego Deppa, ale myślę, że to przede wszystkim jakiś wajb rdzennej Ameryki nas łączy. A więc znów skośność. Ja czasem zresztą mam wrażenie, jakbym miał więcej części ciała, niż to widać. I to się odzwierciedla w mojej muzyce – taki dziki gen. Natomiast na pewno na jego ekspresję mocno wpłynął fakt, że u nas w domu rodzinnym jest ogromna ciągota do Azji – systemów filozoficznych, muzyki, rękodzieła. Maria Janion w „Niesamowitej słowiańszczyźnie” uznała taki rys za esencje polskości.
Czarno na Czarnym: A czy są takie gatunki, źródła natchnień, po które dotychczas nie sięgałeś, a które chodzą Ci po głowie?
Milito: Są! Zdziczałe latino. Moje wczesne dzieciństwo upłynęło pod znakiem „Lambady” – więc spodziewajcie się, że zawirują spódniczki i koszule!
Czarno na Czarnym: Zatem czekamy z niecierpliwością. Dziękuję za rozmowę!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz