Cinemon to zespół słynący z połączenia grunge'u, współczesnej alternatywy, klasycznego rocka, bluesa i free-jazzu. Jednak na swoim najnowszym, świeżo zaprezentowanym albumie „Supercharged” krakowskie trio sięga ponadto po takie elementy, jak sekcja dęta, skrzypce, wiolonczela, chóry w stylu gospel czy hipnotyzujące syntezatory.
Większość materiału została zarejestrowana w Jupiter Ranch Studio przez Piotra Grzegorowskiego, gitarzystę i producenta, związanego między innymi z grupami Monsieur Premiere czy Ostatni Dzień Lata. W warstwie tekstowej „Supercharged” porusza temat nadmiernego tempa życia, konsumpcjonizmu, niekontrolowanego rozprzestrzeniania się dzikiego kapitalizmu, przeciążenia informacyjnego, chaosu i kruchości ludzkiej egzystencji, o czym mogliśmy przekonać się już, słuchając singli zapowiadających wydawnictwo: „Supercharged”, „Flood”, „The last trip”, „Bleeding-heart blues” i „Twisted hide and seek”. Za projekt okładki odpowiada Dominik Ostrowski, grafik, gitarzysta i wieloletni przyjaciel formacji. Premierze płyty towarzyszy kampania crowdfundingowa, której celem jest wydanie „Supercharged” również w wersji winylowej. W zamian za pomoc artyści oferują fanom szereg unikatowych nagród. Ideę można wesprzeć tutaj.
Krakowski zespół Cinemon nie zwalnia tempa. Tym razem prezentuje kolejny, a zarazem ostatni przed premierą nowego albumu singiel, „Twisted hide and seek”.
fot. Michał Wójcik
„Twisted hide and seek” to czwarty utwór zapowiadający płytę mającą ukazać się już w czerwcu. Cinemon obiera tu nieco inny kierunek brzmieniowy, bowiem po energetycznych, manifestujących numerach „Supercharged”, „Flood”, „The last trip” i „Bleeding-heart blues” przyszła pora na propozycję znacznie spokojniejszą, melancholijną, wręcz balladową.
Szukaliśmy dość długo formatu na ten utwór. Słyszałem tam chór gospel żywcem wyjęty z „Just a man” Faith No More. Podobny efekt udało się uzyskać z pomocą naszych znajomych: Julity Zielińskiej, Michała Kuczera, Oli Madej i Weroniki Wardak, wspaniałych wokalistów, których poznaliśmy przy okazji programu „Tak brzmi miasto inkubator”. Brakującym elementem okazały się smyczki w aranżacji Weroniki Błaszczyk i Natalii Orkisz: element cokolwiek nietypowy jeśli chodzi o nasze brzmienie – tłumaczy lider grupy, Michał Wójcik.
Nastrój ten świetnie koresponduje z przekazem piosenki zainspirowanej trudnymi doświadczeniami Wójcika: samobójczą śmiercią jego znajomego.
Mimo że nie żyliśmy na co dzień bardzo blisko, za każdym razem, gdy się spotykaliśmy, odczuwałem podskórne połączenie. Nigdy nie mieliśmy dość czasu, żeby się nagadać, i zawsze rozstawaliśmy się z niedosytem. Wiedziałem, że Rafał to niespokojny typ, ale nigdy nie miałem okazji dokopać się do sedna – opowiada artysta. – Teraz pozostają już tylko pytania, na które nikt nie umie udzielić odpowiedzi. Po śmierci Rafała wszedłem w jakiś dziwny rezonans, rozedrganie, rozpościerające się między depresją a manią. W pewnego rodzaju odrealnioną introspekcję, w której ukryłem się przed światem zewnętrznym, również przed moimi bliskimi, zachowując jedynie pozory normalnego życia. Mimo że ja wciąż żyję, to myślę, że cały czas krążę wokół tej granicy pomiędzy decyzją o schowaniu się a o tym, żeby jednak dać się odnaleźć. Jednak świadomie podejmuję trud wyjścia z kryjówki, bo moim zdaniem to nasza własna odpowiedzialność, by poradzić sobie z tym demonem i nikt nie jest w stanie nam w tym pomóc. Nie ma potrzeby bawić się w chowanego, choć czasem zdarza się o tym zapomnieć. Śpiewając słowa „there’s no need, for hide and seek”, w jakiś dziwny sposób przypominam sam sobie, by wychodzić na zewnątrz z tym, co dzieje się we mnie. Wyobrażam sobie też, że kieruję je do Rafała. Choć on już z nich nie skorzysta, to może ktoś inny, kto przypadkiem je usłyszy, podejmie decyzję o wyjściu z kryjówki.