Są takie piosenki, które mają w sobie tyle smutku, że... podnoszą na duchu. A gdyby tak zaserwować sobie cały zestaw takich audialnych pocieszycieli, wypełniaczy szarych dni? Rozwiązania nie trzeba szukać daleko: wystarczy sięgnąć po album „Call the Distant” Kudelskiego i pozwolić sobie na podróż po różnych odcieniach melancholii.
Płyta „Call the Distant” zawiera osiem propozycji zróżnicowanych pod względem gatunku i inspiracji. Mimo tego eklektyzmu tworzą one jednak spójną historię. Uwagę zwraca od razu niebywale intymny klimat, otaczający, a wręcz otulający słuchacza ze wszystkich stron, niczym miękki koc i zapach świeżo zaparzonej kawy. Zresztą ten aromatyczny napój przywołano tu także z tego powodu, iż można go sączyć z równie wielką przyjemnością, co dźwięki podawane nam przez artystów odpowiedzialnych za projekt Kudelski. Duet w składzie Tomasz Kudelski i Jacek Szabrański dba bowiem o to, abyśmy my, odbiorcy, samodzielnie regulowali smak brzmienia: czasem zdecydowanie gorzki, gdy dotyka najczulszych w sercu i duszy miejsc, innym zaś razem bardziej słodki, gdy na moment wznosi ponad nostalgię. Co ciekawe, wśród utworów o dość standardowym czasie trwania znajdziemy również te oscylujące wokół mniej klasycznych siedmiu minut. Snują się one bądź skradają, zaskakują lub uspokajają, nieodmiennie zachwycając utkaną przez siebie atmosferą. O tym materiale można mówić jeszcze dużo, lecz im mniej zostanie powiedziane, tym więcej zostanie dosłyszane, oddajmy więc głos nutom. Jedno jest pewne: przecząc niejako drugiemu z tytułów, zatapiając się w „Call the Distant”, wygrywa każdy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz